Przewodnik po świecie polskiego rzemiosła
GAZETA
rękodzielnicza

SPĘDZIŁAM CAŁY DZIEŃ W PRACOWNI JUBILERSKIEJ W BIESZCZADACH. WYSZŁAM Z TRZEMA LEKCJAMI, KTÓRYCH NIE POZNAJEMY W SKLEPIE.

Kasia ma 63 lata, robi biżuterię od czterdziestu. Pojechałam do niej na jeden dzień. Zostałam dłużej.

Kasia Kowalska w swojej pracowni jubilerskiej w Sanoku
Kasia Kowalska w swojej pracowni w Sanoku. Tutaj od 40 lat — i jeszcze pewnie dziś — powstaje biżuteria, którą widzicie online.

SANOK, KWIECIEŃ. Jadę z Krakowa cztery i pół godziny, żeby spotkać kobietę, której nigdy nie widziałam, w pracowni, o której wiem tylko ze zdjęć. Wracam wieczorem z notatnikiem pełnym cytatów, dwiema parami kolczyków i jednym przekonaniem: większość Polek, które kupują biżuterię w galeriach, nie ma pojęcia, za co tak naprawdę płaci.

PRZYJEŻDŻAM RANO

Pracownia Kasi Kowalskiej nie wygląda jak sklep. Nie ma szyldu z neonem, nie ma witryny z pluszowymi pudełkami. Jest mała brama z metalu, kawałek podwórka i drewniane drzwi, które otwierają się, zanim zdążę zapukać. „Wchodź. Zaparzyłam już kawę" — mówi Kasia, jakbyśmy się znały od lat.

W środku pachnie metalem, woskiem i czymś, czego nie umiem nazwać. Później rozumiem: to zapach lutu. Bardzo charakterystyczny — kwaśny, dymny, lekko słodki. Człowiek wchodzi raz i go nie zapomina.

Pracownia ma trzydzieści sześć metrów kwadratowych. Na środku — drewniany blat, ciemny od czterdziestu lat pracy, poznaczony zadrapaniami od igieł, pilników i kamieni. Na blacie — narzędzia. Setki narzędzi. Większości nie umiem nazwać.

„To jest stempel mojej mamy. Z lat sześćdziesiątych. Jeszcze działa" — mówi Kasia, podnosząc małą, czarną żelazną sztabkę z literami. „Tym mama oznaczała swoje obrączki. Ja go używam tylko do specjalnych zamówień. Nie chcę go zużyć."

RĘCE, KTÓRE PAMIĘTAJĄ

Siadam naprzeciw niej. Kasia ma ręce, których nie widać w katalogach jubilerskich. Skóra jest cienka, prześwitująca w niektórych miejscach, z mapą sinych żył na grzbietach dłoni. Paznokcie — krótko obcięte, bez lakieru. Na lewym kciuku ma małą bliznę. „Lutownica. 1989 rok. Jeszcze pamiętam" — śmieje się.

Pyta mnie, czy widziałam, jak się robi pierścionek. „Nie naprawdę" — odpowiadam. „Tylko na YouTubie." Kasia kiwa głową. „No to dziś zobaczysz."

Ręce Kasi przy pracy nad srebrnym pierścionkiem
„Ten pierścionek? Trzy godziny. Następny — pięć. Czasem cały dzień. Zawsze inaczej."

Bierze do ręki kawałek srebrnego drutu. Mówi, że to próba 925 — najczystsze srebro, które można jeszcze normalnie obrabiać. Tnie kawałek na oko. Bez linijki. „Po czterdziestu latach palce wiedzą lepiej niż przymiar" — mówi.

Potem zaczyna się to, co trwa kolejne osiem godzin: cięcie, lutowanie, kucie, polerowanie, prostowanie, znowu kucie. Co kilka minut Kasia odkłada pierścionek, podchodzi do okna, ogląda go pod światło. „Widzisz? Tutaj jeszcze nie leży. Trzeba poprawić."

O dwunastej robimy przerwę. Jemy zupę pomidorową, którą Kasia ugotowała wczoraj. Pytam, ile takich pierścionków robi w tygodniu. Kasia liczy w głowie. „Dwa. Trzy, jak mam dobre dni. Czasem jeden, jak coś nie wychodzi i muszę przetopić od początku."

W fabryce w Tajlandii taki sam pierścionek powstaje w osiem minut. Maszynowo. Stop metali, masa perłowa, lakier. Ja na to nie umiem patrzeć. To nie jest biżuteria. To pudełko, w którym ona ma być.

— Kasia Kowalska, jubilerka, Sanok

JEDEN PIERŚCIONEK, OSIEM GODZIN

Tutaj jest pierwsza lekcja, którą wiozę z Sanoka: pierścionek, który Kasia trzyma w dłoniach, nie powstał wczoraj. On powstaje teraz, na moich oczach, w tempie, którego oko nie nadąża śledzić.

I zaraz potem przychodzi druga lekcja. Kasia podaje mi do ręki cienki, srebrny pierścionek, który właśnie skończyła polerować. „Włóż" — mówi. „Pasuje?" Pasuje. Pierścionek waży tyle, co nic, ale w palcach jest gęsty. Inaczej niż te z galerii, które kupowałam kiedyś dla siebie i które po roku przestały się świecić.

„Srebro 925 nigdy nie matowieje na zawsze" — tłumaczy Kasia. „Jak czerni się od noszenia, polerujesz miękką ściereczką i jest jak nowe. Te ze sklepów to są stopy. Tam jest dużo niklu, czasem cyna. Po roku, dwóch lakier puszcza i widać, że to po prostu biały metal pomalowany na srebrny."

Patrzę na własną dłoń. Pierścionek nie błyszczy fabrycznie. On błyszczy tak, jak błyszczą rzeczy, które ktoś polerował ręcznie przez czterdzieści minut: matowo, ciepło, jak wody jeziora rano.

Co dostajesz za swoje pieniądze
Materiał
SIECIÓWKAStop metali, masa perłowa, lakier
PRACOWNIASrebro 925, naturalne kamienie
Produkcja
SIECIÓWKAFabryka, Tajlandia, 8 min/szt
PRACOWNIARęcznie, Sanok, do 8 godz/szt
Trwałość
SIECIÓWKALakier puszcza po 6–12 mies.
PRACOWNIANa lata. Można polerować.
Marża sprzedaży
SIECIÓWKA~60% to lokal, reklama, pudełko
PRACOWNIA0 zł. Sprzedaję wprost.

DLACZEGO NIE PODNOSI CEN

O czwartej po południu zadaję jej pytanie, które przygotowałam już w samochodzie: dlaczego, jeśli każdy pierścionek wymaga ośmiu godzin pracy, jeszcze srebra 925 i naturalnych kamieni, ona sprzedaje go za 119 złotych, a nie za 389, jak Pandora?

Kasia patrzy na mnie długo. Potem mówi powoli: „Bo Pandora nie sprzedaje biżuterii. Pandora sprzedaje lokal w galerii handlowej, telewizję, pudełko, papierowe torebki i siedmiu sprzedawców, którzy dostają pensję. To wszystko jest w cenie. A ja? Ja siedzę tu sama. Mam blat, narzędzia i ręce. Nie płacę reklamy, nie wynajmuję lokalu za trzydzieści tysięcy. Moja cena to jest sama biżuteria. Plus trochę na życie."

I dodaje, ciszej, jakby do siebie: „Klientki często do mnie piszą: 'Kasiu, ale to niemożliwe, żeby srebro 925 kosztowało tak mało.' A ja odpowiadam: to nie moje ceny są niskie. To ich ceny są absurdalnie wysokie."

To jest trzecia lekcja, z którą wracam do Krakowa. Najważniejsza ze wszystkich.

Zobacz kolekcję Kasi — od 119 zł

OSTATNIE LATA?

Wieczorem, kiedy już ścierka, kawa i pierścionek leżą na blacie, pytam Kasię, czy planuje uczyć kogoś tego, co sama umie. Czy ma uczennicę, syna, wnuczkę. Kogokolwiek.

Kasia milczy długo. „Nikt już dzisiaj nie chce się tego uczyć. Dziewczyny idą do informatyki, do marketingu. Praca ze srebrem to są lata cierpliwości. Nikomu się nie chce. A ja? Mam sześćdziesiąt trzy. Może pięć lat, może dziesięć. Nie wiem, ile jeszcze udźwignę ten blat."

Pyta mnie, czy wezmę ze sobą kolczyki, które dziś polerowała. Te z perłami. Mówię, że tak, że bardzo chcę. Płacę normalnie, jak każda klientka — nie chcę „za darmo z artykułu". Kasia uśmiecha się i pakuje je w małe lniane woreczki, ręcznie szyte. Każda biżuteria z jej pracowni dostaje takie woreczki. To jej znak.

Wsiadam do samochodu o dwudziestej. Sanok już śpi. W lusterku widzę jeszcze przez chwilę oświetlone okno pracowni — Kasia siedzi przy blacie, schyla się nad czymś, czego nie widzę. Pewnie kończy jeszcze jeden pierścionek. Pewnie ten ostatni dziś.

Czterysta osiemdziesiąt kilometrów później jestem w Krakowie. Wyjmuję kolczyki z lnianego woreczka. Wkładam je w lewe ucho, potem w prawe. Patrzę w lustro.

Czterdzieści lat pracy. Osiem godzin za jeden pierścionek. Sto dwadzieścia złotych. Sanok.

Trzy lekcje, których nie poznajemy w sklepie.

Srebro próby 925Certyfikowane, jak w pracowni Kasi
Ręcznie z Sanoka40 lat doświadczenia jubilerki
Darmowa wysyłkaKażde zamówienie, bez minimum
30 dni na zwrotBez pytań. Bez kosztów.
Ujawnienie dotyczące reklamy: Artykuł powstał we współpracy z Pracownią Bieszczady. Gazeta Rękodzielnicza otrzymuje wynagrodzenie za prezentację produktów. To jest treść reklamowa o charakterze redakcyjnym (advertorial). Reportaż został przygotowany na podstawie wizyty w pracowni w Sanoku. Wszystkie cytaty oddają intencje rozmówczyni.