Po babci został mi tylko jeden pierścionek. Pojechałam do Sanoka znaleźć ten, który zostawię córce.
Sześćdziesięciotrzyletnia jubilerka z Bieszczad robi biżuterię, którą się nosi czterdzieści lat — i przekazuje dalej. Spędziłam u niej dzień. Wyjechałam z dwoma pierścionkami i jedną myślą.
SANOK, MAJ. Mam mały, srebrny pierścionek po babci. Nosiła go pięćdziesiąt lat — od ślubu w 1968 roku do dnia, w którym przestała poznawać moją mamę. Kiedy umarła, leżał w pudełku po herbacie razem z medalikiem i listem od dziadka. To wszystko, co po niej zostało w mojej szufladzie. I to wszystko, co kiedyś dostanie ode mnie moja córka.
Patrzę na ten pierścionek już rok. Nie noszę go — palec mam grubszy, a babcia była drobna. Ale wiem o nim wszystko: ślad po polerowaniu, miejsce, w którym kamień się obluzował w 1987 roku, drobne rysy od jej obrączki. Chcę dać córce coś podobnego. Coś, co kiedyś też będzie miało takie rysy. Jadę więc do Bieszczad, do kobiety, której pracownia robi rzeczy, które się dziedziczy.
Kasia Kowalska ma sześćdziesiąt trzy lata. Robi biżuterię w Sanoku od czterdziestu. W jej pracowni nie ma katalogu nowości co miesiąc, nie ma kolekcji „wiosna 2026”. Jest blat — ciemny, drewniany, znaczony czterdziestoma latami pracy. Są narzędzia. Jest srebro próby 925. I jest ona, codziennie od ósmej rano. To wszystko.
Pierścionek, którego babcia nie zdejmowała
Wyjmuję pierścionek babci z chusteczki, kładę na blacie. Kasia bierze go w palce, ogląda pod światło lampy.
— Srebro 925. Stara robota. Polerowane ręcznie, nie maszyną. Widać po śladzie — idzie wzdłuż, nie w kółko — mówi spokojnie, nie podnosząc wzroku. — I komuś bardzo zależało, żeby to ktoś nosił długo.
Pytam, ile takich rzeczy zostaje dzisiaj. Patrzy długo, zanim odpowiada.
— Mało. Bardzo mało. Bo galerie handlowe nie sprzedają biżuterii, którą się dziedziczy. Sprzedają coś, co po roku idzie do śmieci, a potem kupujesz to samo jeszcze raz. Tylko że teraz nazywa się to inaczej i kosztuje dwadzieścia złotych drożej.
Tę biżuterię się dziedziczy. Tej z galerii — wyrzuca. Nie dlatego, że się znudziła. Dlatego, że już nie ma czego nosić.
— Kasia Kowalska, Jubilerka, SanokCo to znaczy „dziedziczona”
Mam pełno biżuterii. Pierścionek z Pandory, kupiony na urodziny pięć lat temu — kolor już zszedł z wewnętrznej strony. Trzy łańcuszki z H&M. Bransoletka z Apartu, prezent od męża — już matowa. Cztery pary kolczyków z Galerii Mokotów. Patrzę na to wszystko i wiem jedno: tego nie dam córce. Tego się nie da dać córce.
— Bo dziedziczy się dwie rzeczy — mówi Kasia, kiedy o tym wspominam. — Pierwsze: to, co po latach jeszcze ma duszę. Drugie: to, co po latach jeszcze w ogóle istnieje. Tania biżuteria nie spełnia ani jednego, ani drugiego. Po pięciu latach kolor schodzi, nikiel uczula skórę, a babcia w pamięci wnuczki zostaje z czymś, co teraz wstyd nosić.
Cztery godziny, jeden pierścionek
Spędzam u Kasi cały dzień. Robi pierścionek z drobnym, mlecznym kamieniem. Cztery godziny. Co kilka minut podchodzi do okna, ogląda go pod światło. „Tutaj jeszcze nie leży. Trzeba poprawić.”
Pytam, ile takich robi w tygodniu. Liczy w głowie.
— Dwa. Czasem trzy. Nigdy więcej. Czasem mniej, bo coś nie wychodzi i muszę przetopić od początku.
W tym samym czasie fabryka w Tajlandii produkuje setki sztuk. Galeria handlowa sprzedaje tysiące. A w Sanoku, w jednej, trzydziestosześciometrowej pracowni — robi się po jednym. Po jednym pierścionku dla jednej kobiety. Czterdzieści lat z rzędu.
Jadę z dwoma pierścionkami
Wyjeżdżam o szóstej. W kieszeni mam dwa pierścionki — ten po babci, owinięty znów w chusteczkę, i ten nowy od Kasi, w małym lnianym woreczku z tulipanem. Zapłaciłam normalnie, jak każda klientka — nie chciałam „za darmo z artykułu”. Kasia uśmiechnęła się, wzięła pieniądze, schowała pierścionek do woreczka, woreczek do koperty, kopertę do kartonu.
Czterysta osiemdziesiąt kilometrów później jestem w Krakowie. Wyjmuję oba pierścionki, kładę obok siebie na stole w kuchni. Patrzę. Trudno odróżnić, który jest z 1968, a który z 2026. Oba srebrne. Oba ręcznie polerowane. Oba zrobione w Polsce — jeden w pracowni, której już nie ma, drugi w pracowni, która jeszcze istnieje.
Nie wiem, który dostanie kiedyś moja córka. Może oba. Może za dwadzieścia lat, kiedy będzie miała tyle, ile ja teraz, otworzy szufladę i znajdzie dwa srebrne pierścionki, oba ręcznie robione w Polsce — jeden z lat sześćdziesiątych, drugi z dwa tysiące dwudziestego szóstego. I może wtedy zrozumie to, czego ja zrozumiałam dopiero w Sanoku: że dziedziczy się nie biżuterię, tylko gest. Gest, że komuś zależało, żeby coś trwało.
★ Klientki o pracowni Kasi
„Zamówiłam pierścionek dla mamy na osiemdziesiąte urodziny. Przyszedł w lnianym woreczku, z ręcznie pisaną karteczką. Mama płakała. Naprawdę. Od trzech miesięcy go nie zdejmuje.”
„Czekałam dwa tygodnie i było warto. To nie jest biżuteria z fabryki — to widać i to się czuje w ręku. Srebro 925, polerowane prawdziwie ręcznie. Pierścionek mojej babci wygląda dokładnie tak po sześćdziesięciu latach.”
„Po Pandorze i Aparcie myślałam, że już nic mnie nie zaskoczy. Zaskoczyła mnie Kasia. Naszyjnik kupiłam dla siebie, ale wiem, że kiedyś przekażę go córce. To zupełnie inna kategoria.”
Cztery rzeczy, które warto zostawić
Najczęściej zamawiane z pracowni Kasi · srebro próby 925 · ręcznie z Sanoka
Pierścionek Vintage z Motywem Fali Oceanicznej
Srebrny Pierścionek ze Złotymi Włóknami
Naszyjnik Kolibri + kolczyki gratis
Naszyjnik z Naturalnych Pereł
Biżuteria, której się nie wyrzuca.
Srebro próby 925, ręcznie robione w Bieszczadach — żeby kiedyś dostała ją twoja córka.
→ Zobacz pełną kolekcjęPłać BLIK · p24 · Visa · Mastercard · Apple Pay
Ujawnienie dotyczące reklamy: Artykuł powstał we współpracy z Pracownią Bieszczady. Gazeta Rękodzielnicza otrzymuje wynagrodzenie za prezentację produktów. To jest treść reklamowa o charakterze redakcyjnym (advertorial). Reportaż przygotowano na podstawie wizyty w pracowni jubilerskiej w Sanoku w maju 2026 roku. Wszystkie cytaty oddają intencję rozmówczyni.