Przewodnik po świecie polskiego rzemiosła
Gazeta
rękodzielnicza
Reportaż · Polskie rzemiosło

Czynsz, prąd i składki ją pokonały. Po 40 latach Kasia zamyka pracownię w Sanoku — i wyprzedaje wszystko online.

„Nie stać mnie już na utrzymanie pracowni. Wolę, żeby moja biżuteria trafiła do kobiet, niż została w pustym lokalu." — mówi Kasia Kowalska (63 l.).

Kasia Kowalska w swojej zamykanej pracowni w Sanoku
Kasia Kowalska w swojej pracowni w Sanoku. Po czterdziestu latach zamyka lokal i przenosi się w całości do internetu.

SANOK. Od czterdziestu lat w tej samej pracowni przy bocznej uliczce w Sanoku powstawała ręcznie robiona biżuteria ze srebra. Dziś na drzwiach wisi kartka: „Wyprzedaż — wszystko musi zniknąć". Kasia Kowalska nie chciała tego robić. Ale rachunki nie zostawiły jej wyboru.

„Czynsz za lokal podnosili mi trzy razy w ciągu dwóch lat. Do tego prąd, ogrzewanie, składki. Doszło do tego, że więcej pracowałam na utrzymanie czterech ścian niż na siebie" — mówi Kasia, pokazując plik rachunków. „W zeszłym miesiącu policzyłam wszystko i usiadłam. Po prostu już się nie spinało."

Jej historia nie jest wyjątkiem. W całej Polsce małe, rodzinne zakłady — szewcy, krawcowe, zegarmistrze, jubilerzy — znikają jeden po drugim. Nie dlatego, że zabrakło klientów. Dlatego, że koszty utrzymania lokalu przerosły to, co rzemieślnik jest w stanie zarobić rękami.

„Najbardziej boli mnie, że to nie ma nic wspólnego z jakością mojej pracy" — mówi. „Ludzie wciąż chcą prawdziwego srebra. Wciąż piszą, dzwonią. Tylko ja już nie mogę utrzymać tego miejsca."

Wolę sprzedać wszystko za pół ceny prawdziwym kobietom, niż patrzeć, jak czterdzieści lat mojej pracy leży w pudłach w pustym lokalu.

— Kasia Kowalska, jubilerka, Sanok

Zamiast lokalu — internet

Zamiast zamknąć się na dobre, Kasia podjęła decyzję, która coraz częściej ratuje polskich rzemieślników: przeniosła całą sprzedaż do internetu. Bez czynszu, bez pośredników, bez galerii. „Pakuję każde zamówienie sama, przy tym samym blacie, przy którym pracuję od czterdziestu lat" — mówi.

To oznacza też coś dla klientek. Cena, która kiedyś musiała pokryć lokal i wszystkie opłaty, teraz pokrywa już tylko srebro i jej pracę. Dlatego ceny w wyprzedaży spadły tak nisko, że wiele kobiet dopytuje, czy to na pewno prawdziwe srebro 925.

Kasia pakuje zamówienia online w swojej pracowni
„Każde zamówienie pakuję sama." Srebro 925, prosto z pracowni do skrzynki pocztowej.

Jest jedno „ale". Stan magazynu jest ograniczony — to, co powstało przez ostatnie lata pracy. Każda sztuka jest jedna. Gdy się skończy, nie będzie kolejnej partii: Kasia nie produkuje już na masową skalę, robi wszystko ręcznie, po jednej sztuce.

Wyprzedaż likwidacyjnaCała kolekcja z pracowni w Sanoku przeceniona — niektóre sztuki nawet do 70% taniej. Ilości ograniczone, każda sztuka jedyna w swoim rodzaju. Po wyczerpaniu zapasu kolekcja znika.
Zobacz wyprzedaż, zanim zniknie

Dlaczego to ma znaczenie

Kupując teraz, nie dostajesz tylko pierścionka czy naszyjnika. Dostajesz ostatnią kolekcję jubilerki, która przez czterdzieści lat robiła wszystko ręcznie — i której ceny po raz pierwszy i ostatni spadły tak nisko. Srebro próby 925, naturalne kamienie, ręczna robota z Bieszczad.

„Niech to żyje na rękach kobiet, a nie w pudłach" — mówi Kasia na pożegnanie, wracając do pakowania kolejnej paczki.

925
Srebro próby 925Certyfikowane, z pracowni
40
Lat rzemiosłaRęcznie z Sanoka
−70%
WyprzedażOstatnia kolekcja
30
Dni na zwrotBez pytań

Czterdzieści lat pracy. Ostatnia kolekcja. Zanim zniknie na zawsze.

„Niech to żyje na rękach kobiet, a nie w pudłach." — Kasia, 63 lata

Zobacz całą wyprzedaż
Ujawnienie dotyczące reklamy: Artykuł powstał we współpracy z Pracownią Bieszczady. Gazeta Rękodzielnicza otrzymuje wynagrodzenie za prezentację produktów. To jest treść reklamowa o charakterze redakcyjnym (advertorial). Reportaż przygotowano na podstawie rozmowy z jubilerką z Sanoka. Wszystkie cytaty oddają intencje rozmówczyni.